/Opowiece.info » Wiadomości » Resident Evil: Ostatni rozdział. Wiadomości Resident Evil: Ostatni rozdział / Opowiecie.info / 20 stycznia 2017 / 09:43 0 Comments Opowiecie.info / 20 stycznia 2017 / 09:43 0 Comments
Dwoje nastolatków z różnych światów używa swoich nowo odkrytych mocy ninja do ochrony smoków przed złoczyńcami, którzy chcą wykorzystać ich życiowe siły do złych celów. Wiele lat po koszmarze w Raccoon City Leon i Claire muszą stawić czoło mrocznemu spiskowi, gdy tajemniczy wirus pustoszy Biały Dom. Oglądaj zwiastuny i
Filmová série Resident Evil je natočena podle herní předlohy Resident Evil Paul W. S. Anderson natočil první, čtvrtý a pátý díl série. Druhý a třetí díl režírovali Alexander Witt a Russell Mulcahy. Poslední dva díly této série byly vytvořeny ve formátu 3D. První díl byl natočen v roce 2001 a v kinech se objevil v
Klasyczne Zombie i Cerberus powracają w szóstym filmie. Po raz pierwszy pojawiają się dwa nowe potwory z uniwersum Resident Evil. Kipepeo (który pojawia się bardzo krótko pod koniec filmu Resident Evil: Retribution) pojawia się w grze Resident Evil 5. W przeciwieństwie do Kipepeo z gry, ten pojawiający się w filmie jest gigantyczny i
Film Działanie / Horror / Science-Fiction wyreżyserowany w 2016 przez Paul W. S. Andersonz Milla Jovovich Resident Evil: Ostatni Rozdział 27 janvier
Opis. W San Francisco Jill Valentine zajmuje się epidemią zombie i nowym wirusem T, Leon Kennedy jest na tropie porwanego naukowca z DARPA, a Claire Redfield prowadzi śledztwo w sprawie monstrualnej ryby, która zabija wieloryby w zatoce. Wraz z Chrisem Redfieldem i Rebeccą Chambers odkrywają, że wskazówki z tych trzech osobnych spraw
t8tyCrm. {"type":"film","id":679120,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/Resident+Evil%3A+Ostatni+rozdzia%C5%82-2016-679120/tv","text":"W TV"}]} powrót do forum filmu Resident Evil: Ostatni rozdział 2017-01-28 22:55:18 Montażystę najnowszego "Resident Evil" powinno się zamknąć w celi na 25 lat i kazać mu oglądać efekty swojej pracy przez 24 godziny na dobę. Przecież tego filmu nie dało się normalnie oglądać! Ja rozumiem, że można czasami zrobić szybszy montaż, ale ku*wa nie przez cały film! grzegorz_021 Ja bym jeszcze operatora posadził na dużą replikę jego kamery, tak samo się trzęsącej, jak jego zdjęcia w tym filmie. Po kilku dniach takiego rodeo rzygałby dalej niż widział. To by go oduczyło "kręcenia z ręki". grzegorz_021 Widząc jego pracę nawet Uwe Boll by się załamał grzegorz_021 Przeskoki w scenach były tak szybkie że nawet struś pędziwiatr dostał by zadyszki... grzegorz_021 W życiu bym nie pomyślał, że montaż i dźwięk może wywołać tyle dramatycznych reakcji... Mnie się film bardzo podobał, szybkie sceny mi nie przeszkadzały, były wręcz miłą odmianą po slow motion, dźwięk był mega, dla mnie zawsze jest za cicho w kinach, uwielbiam oglądać z tzw "pi***olnięciem". Liczy się to że mi się podobał , ale żal mi czytać te negatywne komentarze wdłg mnie grubo przesadzone. Film ma najlepsze noty z całej serii od krytyków, tym bardziej dziwie się ocenom typu 1-2-3 totalnie z dupy bo według mnie żaden film nie zasługuje na tak miażdżące noty shamar ocenił(a) ten film na: 1 janeeek1538 Jesteś opłacanym przez dystrybutora propagandzistą, co nie? grzegorz_021 A może ten montaż był dla jakichś Chińczyków, czy Japończyków. Może wersja dla USA lub Europy na DVD będzie normalna i nie obetną klatek jak Alice obcina dłoń dr Isaacs, lub wali w łeb zombiaka. To była najgorszy film jeśli chodzi o montaż. Nigdy nie oglądałem takiego filmu, ever. grzegorz_021 100 % racji, za ciemnie, źle zmontowane gówno. Pomijam już durną fabułę i drewniane aktorstwo. grzegorz_021 dupa tam nie montaż, ten film jest porostu denny. a drewniane aktorstwo mieliśmy w Pinokiu już. czy mi się wydaje czy MIla powiększyła co nieco sobie. grzegorz_021 Myślę, że takim montażem próbowali trochę ukryć niski budżet i tandetne efekty specjalne... grzegorz_021 dokładnie film mógł być dobry ale ten montaż to fail nie szło się skupić na tym co się dzieje. Nawet proste sceny przez ciągła zmianę powodowały oczopląs. No jakby dodali jeszcze klimatyczną muzyczkę trochę nad fabuła popracowali i oświetleniem może by wyszedł jakiś średniak jak dla mnie 4/10 grzegorz_021 hehe - jestem właśnie na ...9 minucie filmu i wszedłem tutaj zobaczyć, czy ktoś zwrócił uwagę na ten.... mankament ;-) Czyli rozumiem, że dalej jest tak samo. Masakra. Nie oglądam w takim razie, bo raptem kilka minut akcji sprawiło, że mam objawy choroby lokomocyjnej ;) Chyba typek, który to montował był dobrze naspidowany - ewentualnie dostał szanse w produkcji filmowej, zaraz po montowaniu dżingli dla MTV albo teledysków dubstepowych.. Johner ocenił(a) ten film na: 5 grzegorz_021 dobrze gada, wódki mu dać!! Montażysta beznadziejny. DemiaN ocenił(a) ten film na: 5 grzegorz_021 To samo było w Resident Evil: Retrybucja fatalny montaż, widać Paul Anderson jest beznadziejnym reżyserem i scenarzystą, bo to pod jego wodzą tak wyglądają ostatecznie filmy, poza tym ta odsłona sporo zarobiła więc nie wiem czy Anderson w końcu zacznie się uczyć na błędach, na pewno tak dobre pieniądze zarobił tylko ze względu na to że miała to być ostatnia odsłona, ale ciekawy jestem czy on daje sobie z tego sprawę i czy w końcu jego filmy będą wyglądały na poziomie pierwszego Residenta. I choć głupot nie brakowało jak już tu ludzie pisali to i tak była to lepsza część niż fatalna Retrybucja. grzegorz_021 dokladnie od tego migania miedzy ujeciami to mnie juz oczy bolaly ... montaż słaby jak w AvP 2 grzegorz_021 Dopiero włączyłem film, a już wiem o czym pisałeś... grzegorz_021 Co kto lubi. Jak oglądałem ostatnio nowego "Underworld: Wojny Krwi", to właśnie bardzo brakowało mi tej dynamiki, szczególnie, że chodziło przecież o szybkie jak oka mgnienie wampiry. Tutaj natomiast nie było chyba aż tak źle jak piszecie. Przynajmniej nie trąciło amatorką. Ja daję 6/10, całkiem niezłe zwieńczenie serii. Ale mam nadzieję, że więcej odcinków już nie powstanie ;) grzegorz_021 Montaż zajebisty, ale bardzo szybkie sceny akcji co bardziej opóźnieni umysłowo mogli mieć problem z nadążeniem. Rewolucyjne pomysły na sceny akcji. Movie_Crash_Man Rewolucyjne z pewnością, nie znam chyba nikogo, kto stosowałby tak i tandetny montaż. :D grzegorz_021 montaż bardzo irytujący i osłabiał efekt akcji zamiast go potegować grzegorz_021 te same odczucia. Lepiej bym tego nie ujęła. Denis ocenił(a) ten film na: 4 grzegorz_021 Po 20 minutach musiałem wyłączyć film... rozbolała mnie głowa od natłoku ujęć w ciągu jednej minuty.. grzegorz_021 Całkowicie się zgadzam. Po 10 minutach dostałem oczopląsu i już nie mogłem na to patrzeć. Jak tak można spartolić film - który, przy normalnych, dłuższych ujęciach - mógłby być nawet niezły shamar ocenił(a) ten film na: 1 grzegorz_021 Operatora też. Często kamera trzęsie się tak (co o zgrozo da sie wyłapać podczas tych mikrosekundowych cięć), że idzie oślepnąć grzegorz_021 razem z tobą powinni go zamknąć abyś mógł przez 24 h widzieć twój załosny komentarz, a film jest spoko vAkatsuki Traktujesz mój komentarz do filmu chyba zbyt osobiście. grzegorz_021 no to prawda. momentami kamera skakała z jednej na drugą postać i powodowała totalny ogółem no bieda 1cz była zjadliwa, no i 2 uszła . ale to co zaczęło dziac się od 3cz to już rozwaliły mnie te klony i to iż doktorek miał cyber gały z efektem rozpracowania kontry. scena jaka mi się podobała to ta z Weskerem co stracił autoryzację i dostał drzwiami. grzegorz_021 Dokładnie tak, nie dałem rady dłużej niż 10 min. Chociaż bardzo chciałem obejrzeć.. grzegorz_021 No właśnie dokładnie to samo miałem napisać, więc się tylko dopiszę... Całości dopełnia jeszcze rozdygana kamera. Niby teraz taka moda na filmowanie z ręki i teledyskowy montaż, ale tutaj ktoś odleciał po całości... Jak można spokojną scenę dialogu zmontować jak scenę z nieudaną choreografią walki... Masakra... Nie Makabra!!!Ogólnie cała seria z części na część się stacza, ale jakoś ją lubię od samego początku.
Przyznam, że nie potrafię rozpoznać konkretnych części serii Resident Evil po towarzyszących im podtytułach. Apokalipsa, Zagłada, Afterlife, Retrybucja – słowa, które w kontekście tych ekranizacji gier komputerowych znaczą tyle co nic, jednocześnie jakoś dziwnie udanie oddając naturę całego cyklu, skupionego nie na treści, a uproszczonej do granic możliwości narracji. Jeśli zatem spojrzeć na tytuł najnowszej odsłony, można dojść do przekonania, że przyszła zmiana. Ostatni rozdział jest jasną i wiele mówiącą zapowiedzią finału serii zapoczątkowanej filmem sprzed piętnastu lat, który – jeśli porównać do obecnie realizowanych kontynuacji – uznać należy za stylowy i elegancko opowiedziany film grozy. Kto widział oryginał, ten wie, że takie stwierdzenie jest zdecydowanie na wyrost, ale dziś pierwszy Resident Evil autentycznie może się jawić jako coś lepszego niż jest w rzeczywistości. Nie najlepiej to świadczy o sequelach, choć w każdym znajdowałem coś, co pozwalało mi przebrnąć przez seans bez większych dramatów. Aż do to film o końcu świata i reżyser bardzo chce, abyśmy ów koniec odczuli na własnej móc właściwie opisać wrażenia z Ostatniego rozdziału, musiałbym chyba ułożyć całą recenzję z włączonym caps lockiem, pogrubioną czcionką, z nieodłączonymi wykrzyknikami po każdym słowie i żadnymi innymi znakami to zdecydowanie duży film, w którym każda scena wydaje się być kulminacyjną, co wydatnie podkreśla głośna muzyka i powaga, z jaką aktorzy wypowiadają swoje kwestie. Te pojawiają się częściej niż to konieczne, próbując nadać całości wrażenia spójnej i logicznej całości. Czarno-białe plansze z napisami znane z kina niemego lepiej by się do tego nadawały, bo jedyne, co nowy (i praktycznie każdy poprzedni) Resident Evil ma zaoferowania, to popychająca akcję do przodu… akcja jest tu szczątkowa i zasadza się na podróży Alice (wyraźnie znudzona Milla Jovovich) do Rackoon City w poszukiwaniu antidotum na śmiertelnego, zamieniającego ludzi w zombie, wirusa. Po drodze bohaterka walczy ze zmutowanym topielcem, wielkim skrzydlatym potworem, pracownikami złej korporacji Umbrella, statystami i sforą wygenerowanych cyfrowo cerberów, przy okazji poznając wesołą gromadkę ocalałych, którzy od tego momentu będą robić za mięso armatnie. Nic po za tym tu nie znajdziemy, co tylko upodabnia tę część do poprzednich, może poza dużo większym apetytem reżysera na totalny Armagedon naszych dusz i umysłów. Ma być harder, better, faster, stronger – zamiast tego jest powtarzane w myślach „Panie, daj mi siłę”.Tak jak mam problem z tytułami serii, tak również mieszają mi się fabuły tych filmów. Bohaterowie też, choć w momencie, gdy zobaczyłem Iaina Glena, przypomniało mi się, że rzeczywiście pojawił się już wcześniej w RE. Musiałem jednak zajrzeć na IMDb, aby sprawdzić, że ostatni raz jego bohater był trzy części wcześniej, wtedy gdy Alice odkrywała uroki pustynnego klimatu. Czy ta wiedza jest do czegokolwiek potrzebna? Niekoniecznie, skoro twórcy pokrótce wyjaśniają, jaką rolę postać Glena pełni w nowym filmie. Nie dowiemy się, co działo się z nią w międzyczasie, bo liczy się tu i teraz. Pewnie dlatego obrazy te realizowane są jakby były jednorazowymi, oderwanymi od całości produktami (stąd zapewne taki mętlik z tytułami) – kolejność ich oglądania jest nieważna, podobnie jak próba połączenia wszystkiego w logiczną całość. Liczy się tylko spektakl. W założeniu filmy te są dynamiczne i efektowne, ostatecznie jednak zbyt szybkie i nic nie znaczące, aby mogły pozostać z nami na dłużej. Nie twierdzę, że nie mają one swojej publiki – energia, a zwłaszcza nieskrępowana chęć łamania zasad fizyki zawsze znajdą swoich wyznawców. Ale jeśli ktoś zapyta mnie za rok, za miesiąc, albo nawet za tydzień, o czym jest dana część, odpowiedź będzie identyczna do każdego tytułu – o podróży z punktu A do punktu B, gdzie w międzyczasie trzeba ubić masę żywych trupów i inne jestem fanem cyklu, chociaż oryginał darzę nostalgicznym uczuciem, a kontynuacje nigdy mnie nie zmęczyły, abym odpuścił sobie następną część. Poprzednik Ostatniego rozdziału ma na przykład wspaniałe otwarcie, w których obserwujemy akcję w zwolnionym tempie, niejako cofającą się (od końca do początku), ilustrowaną rewelacyjną muzyką duetu tomandandy. Cała reszta filmu jest głupia jak but, pozbawiona dramaturgii, napięcia i historii, ale ta jedna scena sprawiła, że cały seans mogłem zaliczyć do udanych. Pozostałe odsłony podobnie – pamiętam i na swój sposób doceniam je za zaledwie pewne elementy, nigdy całość. Tym bardziej bolesny jest nowy Resident Evil, film, który nie proponuje absolutnie nic nowego w temacie, a przede wszystkim nie ma ani jednej rzeczy rehabilitującej tę niewiarygodnie głośną bezmyślność w moich oczach. Chociaż, jeśli się zastanowić, ma ten pięknie rozpoznawalny podtytuł. Ale czy prawdziwy? Czy rzeczywiście oglądamy ostatni rozdział? Jeśli tak, do mojej oceny będzie można dorzucić jeszcze jedną Kornelia Farynowska
Panu Andersonowi dziękujemy już raz na odpowiedzieć sobie na proste pytanie: w którym momencie filmowe uniwersum Resident Evil przestało was interesować? Seria próbowała wszystkiego, a sprowadzonych do roli tła umarlaków łaskawie nie wysłała wyłącznie na księżyc. Filmy, czy też może zarządzający nimi od piętnastu lat Paul Anderson, w nosie miały logiczną ciągłość przedstawionego świata. Fakty i postacie wielokrotnie naciągano, przeinaczano albo zapominano dla wygody kolejnych szaleńczych idei. Scenariusze gier, z których pobierano tylko co ciekawsze potworki lub damskie ciuszki, porzucono dekadę temu. Niezmienna pozostała Alice reprezentowana coraz starszą twarzą Mili Jovovich. Taki sam był również od jakiegoś czasu poziom kolejnych produkcji. Już "Afterlife" stawiało na kino parodystyczne, "tak złe, że aż dobre". Ale każdy cyrk kiedyś musi się rozumiem jednak, po kiego czorta w ostatnich chwilach serii stawiać na eksperymenty. Na ekran powraca postapokaliptyczna wizja świata, mieszanina "Mad Maxa" i "The Walking Dead", idąca jak gdyby śladami wyklętej "Zagłady". Napompowana w finale "Retrybucji" zadyma okazuje się wydmuszką, od której reżyser umył dłonie dwoma zdaniami wstępnego monologu bohaterki. Dość potrzebnego, gdyż raz jeszcze przeinaczono fabularne tło pierwszych filmów. Wiecie, trzeba zrobić pełne koło i zakończyć tam, gdzie się zaczęło, czyli w podziemnym laboratorium Raccoon City. Bezsens goni bezsens, więc dlaczego by tam nie umieścić ostatecznej kryjówki Umbrelli lub wyjaśnić, że tak naprawdę to istnieje antidotum, które wystarczy rozpylić na świeżym powietrzu, by uratować cały świat od Wirusa T. To w końcu tak genialne, jak uczynienie szwarccharakterem na powrót niepotrzebnego nikomu Iaina Glena. Martwego od finału trzeciego filmu. KLONY!Gdzieś pośrodku tak zaaranżowanego bagna znajduje się cała ekipa filmowa. Budżetu wystarczyło na kilkanaście minut scen akcji w świetle słonecznym, dlatego przygotujcie się na ciągły, utrudniający rozeznanie mrok. Montażyści najwyraźniej przed pracą w branży byli specami od tortur - tutaj zwykła wymiana ciosów, trwająca około pięciu sekund, sklejona jest z dziesięciu różnych ujęć, tak odmiennych, że niejednokrotnie wolałem zamknąć oczy niż narażać je na próbę nadążania za projekcją. "Film, od którego bolą oczy" - dlaczego takiego hasła zabrakło w zwiastunach? Dźwiękowcy z kolei woleli postawić na "horror", by zatoczyć swoje wyobrażenie koła, stąd każda scena, w której nikt nie strzela - wbrew pozorom, nie taka rzadkość - wypełniona jest koszmarnie głośnymi jump-scare'ami. "Ostatni rozdział" trwa sporo ponad półtorej godziny. Sami chyba potraficie sobie wyobrazić, jak przyjemnie mija ten do takiego rodzaju publiczności, która "Residentami" lubiła ozdobić zakrapiany maraton filmowy w gronie zaufanych znajomych. Do weteranów, jeżeli to słowo nie napawa was strachem. Ale nawet mnie nie ruszają ukłony przed piętnastoletnim uniwersum. Jeżeli już, jestem gorzko rozczarowany. Albert Wesker, który wyrósł na niezniszczalnego arcywroga Alice, nie dostaje tutaj ani jednej popisowej sceny, natomiast kwestia jego boskiej mutacji chyba wypadła z głowy Andersonowi. Kończy, jak gdyby nigdy w filmach nie miał żadnego znaczenia. Finałowa nawalanka w korytarzu z laserami (na pewno pamiętacie takowy z "jedynki") tylko uzmysławia, jak niewiele elementów tych dziełek odbiło się szerszym echem w popkulturze. Podobne znaczenie ma powrót Claire Redfield. Jedynej dawnej postaci, jaką zdecydowano się wepchnąć do ostatniego rozdziału. Mając w pamięci cosplayowy charakter "Retrybucji" - może tak jest nawet seansie w głowie pozostaje wyłącznie montażowa rzeźnia. Albo kiczowata sekwencja ze "smokiem", którą należało wepchnąć po ostatnim cliffhangerze. Bez kilku sporządzonych na telefonie notatek byłbym dzisiaj zupełnie bezradny. Odejścia od wewnątrzkadrowej symetrii próbują pokazać "patrzcie, tym razem mieliśmy wyższe ambicje!", tymczasem jednak działają zupełnie odwrotnie. Filmy numer cztery i pięć niczego nie ukrywały. Robimy postmatriksowe kino, pełne zwolnionego tempa, leniwie tnących powietrze pocisków, które powinno być konsumowane w towarzystwie z wieloma miskami popcornu. Wiemy, jakie to jest głupie. Wiemy, jak nienawidzą nas gracze, ale to do nich szczerzymy korporacyjne zębiska. Tworzymy rozrywkowe dno i nigdy nie zamierzamy przestać. Fajne podejście, mimo wszystko. Ale gdy w końcu postanowiono zakończyć całe show, zrezygnowano z jego najzabawniejszych o "Ostatnim Rozdziale" zapomnę jeszcze dzisiaj. Nie jestem pewny, czy powróci nawet jako finał residentowych maratonów. Sadomasochistycznie uwielbiam poprzednią odsłonę, którą dotychczas traktowałem jako szczyt (anty)geniuszu. To wygodna dla Paula Andersona i jego małżonki perspektywa, przyznacie chyba. Zatem czy posłuchacie, gdy taka osoba stanowczo odradzi Wam podróż do kina? Mam nadzieję. Swój kontakt z Residentem powinniście ograniczyć do wydanej niedawno gry, którą tak mocno promowaliśmy na naszych łamach. Na dużych ekranach zobaczycie co najwyżej odpowiednik Umbrella Corps. Wybaczcie podwórkową terminologię, ale to po prostu gówniany film. W moich oczach serię wieńczy nadal "Retrybucja".PS: Nie mogę się doczekać, by zobaczyć, jak nisko Anderson upadnie z Monster Hunterem. Umarł król, niech żyje król?Adam Piechota
Charakteryzująca się campowym urokiem, przepiękną, nieprzebaczającą główną bohaterką, która nie da sobie w kaszę dmuchać, a także sporą liczbą odniesień do kultowej serii gier wideo adaptacja skradła serca wielu kinomanom. To ten rodzaj kina, określanym mianem guilty pleasure; niby wstydzimy się przyznać, że oglądamy takie produkcje, lecz w głębi duszy siedząc podczas seansu, cieszymy się jak dziecko, śledząc poczynania niemiłosiernie katującej gatunek zombie nienagannie wyglądającą Alice. Jak więc wypada ostatni rozdział przygód tejże bohaterki na tle pozostałych? Zainteresowanych odpowiedzią na postawione pytanie zapraszam do lektury poniższego tekstu. Porzucona pośród zgliszczy i walcząca o przetrwanie Alice pozbawiona jest złudzeń. To koniec, apokalipsa zombie zdominowała świat, zdziesiątkowała ludność i nic nie wskazuje na to, aby ukrywające się cieniu resztki dawnego społeczeństwa miały dotrwać kolejnego dnia – Czerwona Królowa zarządziła globalną eksterminację ludzkości, jednakże nieoczekiwanie wyciąga do zmęczonej życiem bohaterki pomocna dłoń. Pojawia się iskierka nadziei, wystarczy tylko powrócić do… Raccoon City i zadać korporacji Umbrella jeden, acz śmiertelny cios. Pozytywnie zaskakuje tutaj scenariusz. Owszem i w tym przypadku liczba dziur logicznych może przyprawić o ból łowy, lecz jak najbardziej sukcesywna próba spięcia klamrą wszystkich sześciu odsłon, a także równie udana analiza głównej bohaterki – dodanie postaci kolorytu poprzez ukazanie jej od nieznanej widzom strony, czyli emocjonalnej i ludzkiej (do tej pory można było odnieść wrażenie w miarę postępu serii, iż mamy do czynienia z maszyną stworzoną w celu eksterminacji hord zombie – pozbawioną uczuć) – skutkuje zdumiewającym efektem, fabuła po raz pierwszy zaczyna tak naprawdę angażować. Anderson postanowił tym razem znacznie większą uwagę przywiązać do Alice i samej historii, tak więc sympatycy kinowej sagi w końcu dowiedzą się, jakie było faktyczne źródło powstania wirusa T, kim jest wspomniana bohaterka, jak również doświadczą spektakularnej konkluzji tego kilkuczęściowego spektaklu. Ponadto nie brakuje tutaj licznych odniesień do poprzednich odsłon. Reżyser widowiska w dużej mierze sięga po wątki z pierwszej części – Alice wraz z widzami udaje się w podróż do samego początku swojej wyprawy – Raccoon City i Ula. Dzięki temu zaoferowana opowieść wydaje się znacznie bardziej rozbudowana, interesująca i przewrotna, niż którykolwiek z fanów mógłby przypuszczać, lecz ciągle stanowi tylko i wyłącznie podkładkę pod efektowną i niejednokrotnie bezmózgą jatkę. Jak przystało na finalną odsłonę, Anderson nie przebiera w środkach. Reżyser dociska pedał gazu do samego końca, w związku z czym akcja pędzi z zawrotną szybkością. Alice raz po raz wpada na przeróżne zmutowane stwory, w międzyczasie zarządza obroną zniszczonego wieżowca, by ostatecznie stawić czoło zabójczym pułapkom stanowiącym zabójczą linię defensywą Ula… i oczywiście nie zapomina o nieprzerwanej eksterminacji zombie po drodze, ponieważ tych, jak dobrze wiecie, nie brakuje. Pomysłowość reżysera w przypadku scen akcji jest przeogromna, po prostu nie zna granic i naprawdę nie przeszkadza już nawet fakt, iż niektóre jego wymysły balansują na granicy absurdalności, niejednokrotnie ją przekraczając. Tutaj liczy się przede wszystkim widowiskowość. „Resident Evil: Ostatni rozdział” to produkcja wykonana z niebywałym na omawianą serię rozmachem, która w kategorii kina rozrywkowego doskonale wywiązuje się ze swojego zadania. Przykładem może być system obronny Ula. Sterujący nim Albert Wesker mógł niejednokrotnie wykończyć intruzów bądź zwyczajnie uniemożliwić im dotarcie do ich celu, lecz ten wolał się zabawić, niczym władca areny z „Igrzysk Śmierci” urządza bohaterom prawdziwą, zabójczą grę, pragnąc demotywować Alice i pozbyć się najsłabszych ogniw grupy, czekając sobie tym samym na godnych wyzwania przeciwników. Logiczne? Absolutnie nie, ale cholernie widowiskowe i krwawe! Twórcy są świadomi, iż niejednokrotnie uderzają w campowe tony. Tak, Anderson nareszcie zdał sobie z tego sprawę i postanowił ze swojej wiedzy zrobić użytek. Zatem ta samoświadomość pozwala im drwić z własnego widowiska, o czym świadczy cały finał obrazu – bohaterowie łamiący przyjęte w gatunku akcji schematy. Przynajmniej dla tych kilku scen warto zobaczyć zamykający serię rozdział. Poza tym film być może nie ocieka krwią, lecz z całą pewnością nie brakuje w nim brutalności. Odcinanie kończyn, dekapitacja, łamanie kości, podpalanie i miażdżenie zombie… czego tutaj nie znajdziecie? Do tego bohaterowie padają jak muchy, zostają zagryzieni, przemieleni na mielonkę, czy pozbawieni palców. Anderson nikogo nie oszczędza. Naprawdę bardzo zdziwił mnie niezwykle okrutny obraz zombie apocalypse w „Resident Evil”, który do tej pory wydawał mi się filmem mocno ugrzecznionym. Nie tym razem. Poza tym postawiono też na klimat i atmosferę grozy, chociaż produkcję dalej należy sklasyfikować jako mocne kino akcji, to potrafi wzbudzić dreszczyk emocji, podobnie jak to miało miejsce w jedynce. Liczne jump scares sprawią, iż niejednokrotnie podskoczycie na fotelu, szczególnie jeśli nie jesteście zagorzałymi fanami horrorów. Aktorsko jest przyzwoicie. Przede wszystkim wyśmienicie bawi się swoją rolę na ekranie Milla Jovovich, która jako Alice dawno skradła widzom serca. Śmiertelnie precyzyjna i wyćwiczona, pewna siebie oraz mająca przygotowaną na każdą okazję ciętą ripostę bohaterka to zdecydowanie najlepszy element tej sagi zombie. Milla Jovovich rolą Alice już nieraz udowodniła, że należy się jej bezsprzecznie angaż do któreś części Niezniszczalnych, kobieta ta bowiem pasuje do kina akcji lepiej, niż niejeden napakowany facet prężący dumnie muskuły na ekranie. Z reszty warto odnotować tylko Iaina Glena, który jako podkoloryzowany do granic możliwości bad-ass podołał swojemu zadaniu dość dobrze. Reszta z Ali Larter, Ruby Rose czy Shawnem Robertsem stanowiła tylko tło, ich bohaterowie to w zasadzie niewiele wnoszące do filmu papierowe tektury (czyt. ktoś musi posłużyć jako mięso armatnie, czołowej heroinie niezbędna jest wierna pomocnica, a złoczyńca nie może się przecież obejść bez ulubionego przydupasa). Podsumowując, mam wrażenie, iż Anderson poszedł w końcu po rozum do głowy i dał widzom widowisko, po którym nie powinni czuć się rozczarowani. Jest to zdecydowanie jedna z najlepszych części „Resident Evil”, z pewnością bijąca na głowę dwie ostatnie i poziomem dorównująca pierwszym trzem. Jeśli jesteście fanami Alice od samego początku, to koniecznie musicie udać się do kin, ponieważ nie zawiedziecie się najnowszym tworem rzeczonego filmowca. Pamiętajcie jednak, iż „Ostatni rozdział” to znakomity guilty pleasure dla fanów tego cyklu, inni mogą go sobie zwyczajnie odpuścić, bo liczba głupot bywa tutaj przytłaczająca. Jednakże, w porównaniu do dwóch poprzednich, to ta właśnie odsłona ma szansę ściągnąć do kin najwięcej niezwiązanych z tematem kinomanów i – co więcej – przypaść im gustu. Zatem przypominam już kolejny i ostatni raz, pamiętajcie, na jaki film udajecie do kina i konieczne wyłączcie myślenie, ponieważ jest ono tutaj skrajnie niewskazane. Ocena: 5,5/10 źródło: (Standardowa licencja) Autor recenzji publikuje też na portalu oraz pod nickiem bartez13_17 Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą Kup licencję
sebastian-dudek1 2022-05-30 20:37:03 +6 słaba jakość , poza tym raczej dobrze , że to już KONIEC Odpowiedz anonim76 (*.*. wysłano z 2021-09-30 23:14:38 +2 Wygląda na to że to jeszcze nie koniec Odpowiedz anonim136 (*.*. 2021-03-16 20:45:50 +2 I tu Mileczka wymiata, ale w sumie dobrze że już koniec..... Męczące to było od trójki bodajże. 7/10 Odpowiedz
resident evil ostatni rozdział cały film